Z nurtem Wełtawy.

Sobota skoro świt. Grupa śmiałków spotyka się przed szkołą, by udać się do Opawy, tam dołączymy do naszych czeskich przyjaciół, z którymi razem wybieramy się na tygodniowy obóz kajakowy. Dojeżdżając do szkoły w Opawie, widzimy zwalone niczym wielka hałda rzeczy wszystkich uczestników wyprawy. Do tego wszystkiego dorzucamy swoje bagaże i zaczynamy to wszystko pakować do autobusu, który nam podstawiono. Do pojemnego bagażnika wchodzi tylko kuchnia polowa, w której będą przygotowywane wszystkie posiłki. Pozostałe rzeczy zostają ułożone w tylnej części autobusu. Jakby tego było mało, na sam koniec zostaje przypięta do autokaru przyczepa, a na niej kilkanaście kanadyjek. Na sam koniec do środka wbijamy się my, trzydziestu czterech uczestników wyprawy plus kierowca. Wypełniony i pękający w szwach autokar rusza ospale niczym lokomotywa u Tuwima. Po drodze pada pytanie – „ a dokąd tak gnamy?” Okazuje się, że trzeba zmienić plany. Rzeki Otava i Lużnice nie maja na tyle wody, by nimi spłynąć. Trochę nam to krzyżuje plany. Ale dobry plan, to taki, który można szybko zmienić. Obieramy więc inną rzekę, mekkę czeskich „vodaków” – Wełtawę. Po drodze zatrzymujemy się w aquaparku, gdzie kierowca ma regulaminową przerwę, a reszta przechodzi test pływania, tak byśmy wiedzieli, z kim jedziemy na spływ. Późnym popołudniem jesteśmy na polu namiotowym. Sprawnie rozbijamy obóz. Około godziny dwudziestej z kuchni wydawany jest pierwszy posiłek o tajemniczej nazwie MG-4 (Madziarski Gulasz i cztery knedliki). Gdy zapada zmrok, wszyscy uczestnicy wyprawy spotykają się przy ognisku. Tam dowodzący obozem tzw. Admirał ( Petr Kroupa) robi podsumowanie dnia oraz przedstawia plan na kolejny dzień. Wszystko zostaje dokładnie omówione. Pochwały dla zasłużonych, ale również uwagi za niedociągnięcia. Na tej wyprawie nie można sobie pozwolić na brak dyscypliny. Każdy dzień jest zaplanowany od a do z.Na niedzielę wszyscy czekają – spływamy pierwszy odcinek Wełtawy. Ale zanim to nastąpi jest jeszcze chrzest. Rytuał, w którym główną rolę odgrywają osoby uczestniczące w takiej wyprawie pierwszy raz. Jak to wyglądało nie będę opisywał, można zobaczyć na zdjęciach. Zapewniam, że jest przy tym dużo zabawy i śmiechu. Po chrzcie możemy już wszyscy wsiąść do kanadyjek i przepłynąć pierwszy odcinek Wełtawy.Podczas całego obozu pokonaliśmy około 65 kilometrów rzeki. Od Wyższego Brodu do Borszowa. Podzielone to zostało na pięć dni, tak by każdego dnia poznać inny odcinek Wełtawy. Atrakcji podczas spływu nie brakowało. Wraz z kolejnymi kilometrami charakter rzeki się zmienia. Raz jest prosta i szeroka niczym autostrada, a po chwili staje się wąska i kręta, tworząc liczne meandry i zakola. Pokonywanie tych etapów Wełtawy to coś w rodzaju uczty dla naszych zmysłów. Obserwować można piękno natury, usłyszeć odgłosy ptactwa, które gnieździ się w przybrzeżnych zaroślach. Poczuć też można sama rzekę, kąpiąc się w czystej, rześkiej wodzie. A zrobić to można na dwa sposoby: celowo lub, czego było więcej, z zaskoczenia. W to naturalne piękno wplecione zostały liczne zamki, klasztory, mniejsze budynki i kamienice, tworząc małe i urocze miejscowości. Mieliśmy okazję to wszystko zobaczyć i zwiedzić. Jednak przy jednym miejscu chciałbym się zatrzymać. Czeski Krumlow, zachwycające miasteczko niczym piękna kobieta. Urocze z każdej strony, bo mogliśmy je zobaczyć od strony lądu, spacerując po wąskich i malowniczych uliczkach w starym śródmieściu. Płynąc przez Krumlow, można się zachłysnąć widokiem, podziwiając jego piękno. Z perspektywy wody mamy po lewej stronie zamek, wznoszący się wysoko na skalistym brzegu, a po prawej świetnie zachowane stare miasto z budynkami wręcz wchodzącymi do wody. Z góry miejscowość ta wygląda równie imponująco. Wystarczy się wdrapać na skalisty brzeg, później na wieżę zamkową, z której rozpościera się malownicza panorama na całe miasto. Wtedy widzimy, jak płynie Wełtawa, wijąc się między budynkami niczym wstęga. Czeski Krumlow to mieścina, w której można się zakochać. Tak było i w moim przypadku, a była to miłość od pierwszego wejrzenia. A że stara miłość nie rdzewieje, mogłem się o tym przekonać, będąc tam kolejny raz. Pisząc o tym, mam na myśli oczywiście samo miasto. Chociaż innego typu obiektów zainteresowań w tej miejscowości nie brakuje. Mogliśmy się o tym przekonać na własne oczy. Siedzieliśmy już w autobusie gotowi do odjazdu, kiedy to do Krumlowa dopłynęła liczna grupa samych dziewczyn. Przemoczone do suchej nitki panie, nie krępując się i nie przejmując nikim, zaczęły się przebierać nad samym brzegiem Wełtawy. Wypełniony w stu procentach facetami nasz autobus o mało co się nie wywrócił na bok. Wszyscy rzucili się na jedną stronę, po której był ten niesamowity widok i przykleili nos do szyby.

Pobyt nad Wełtawą rozpoczął się chrztem. W ostatnim dniu pobytu uczestniczyliśmy w kolejnym obrzędzie – pasowaniu na „ vodaka”. Zabawny i pełen humoru rytuał zrobiony z tzw. jajem. Uczestnikom wyprawy, która jest realizowana w formie kursu, nadaje się wymieniony już wyżej tytuł. Kim jest zatem „vodak” i jaki jest polski odpowiednik tego słowa? Zastanawiałem się nad tym już niejeden raz, moim skromnym zdaniem, bo ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, ośmielę się stwierdzić, że polskiego odpowiednika nie ma. Jednak po kolejnej wyprawie z naszymi przyjaciółmi z Opawy zrodziła się definicja tego słowa. Otóż osoby, które organizowały ten wyjazd i mocno zaangażowały się w jego realizację to nauczyciele, którzy robią to od kilkudziesięciu lat. Posiadają ogromne doświadczenie w tym zakresie i po prostu to kochają. Część z nich jest już na zasłużonej emeryturze, a mimo tego nie czują się wypaleni zawodowo. Bezinteresownie poświęcają swój czas i energię, by zachęcić innych do tej niebanalnej turystyki, jednocześnie świetnie się przy tym bawiąc. Myślę, że tym powinien się charakteryzować prawdziwy „vodak”

Wijąc się pomiędzy wersami tego tekstu, niczym długa na kilkaset kilometrów Wełtwa, docieramy do ujścia. Należą się w tym miejscu podziękowania przede wszystkim dla tych wielkich „vodakóv” z Opawy, że mogliśmy się z nimi zabrać i spędzić razem piękne i niezapomniane chwile. Dziękujemy również Panu Dyrektorowi z Opawy, który zgodził się dofinansować ten wyjazd ze środków szkolnych. Dzięki temu możliwa była realizacja projektu. Fajne dzięki, również dla młodzieży, która znowu dopisała i sprawiła, że nasza praca, jako nauczycieli, sprawiała nam przyjemność.

Z vodackim Ahoj

Tomasz Gajda