Przygoda z niedźwiedziem.

Podobno gdy się stoi w miejscu, to tak samo, jakby się cofało. Żeby temu zapobiec, Szkolne Koło Turystyczne musi się kręcić. Obawiając się tego, by nie zostać w tyle, postanowiliśmy się ruszyć i zorganizować jakiś fajny wyjazd. Padło na wyjazd w góry, bo gdzie może być piękniej jesienią? Obraliśmy kierunek Mała Fatra na Słowacji. Zanim jednak się wyjedzie, trzeba przejść przez krętą, biurokratyczną drogę, która wiedzie przez naszego dyrektora ( tu pół biedy, bo do tej pory zawsze się zgadzał : ), Ślaskiego Kuratora Oświaty i starostę, który rządzi naszym powiatem. Po zebraniu wszystkich pieczątek i podpisów wcześniej wymienionych osób, pozyskaliśmy kartę wycieczki, która była naszym paszportem, by podróżować po wolnej Europie.

Zdyscyplinowana grupka młodzieży, punktualnie zjawiła się na dworcu PKP, by „wsiąść do pociągu byle jakiego”, bo, jak się później okazało, czeskie i słowackie koleje oferują dużo większy standard podróżowania, a nasze byle co. Jednak nie to było najgorsze. Ledwie pociąg ruszył, okazało się, że na pięciu uczestników wycieczki, dwóch zapomniało zabrać dowody osobiste. Wzmożony dozór straży granicznej wywołany migracjami, zwiększał prawdopodobieństwo kontroli, co wiązałoby się z niezbyt przyjemnymi konsekwencjami (w tym z wysokim mandatem). Z daleka mogliśmy przypominać zalewających Europę imigrantów, taszcząc toboły na plecach
i przekraczając pieszo granicę. Na szczęście szybka akcja dziadków i rodziców zakończyła się sukcesem. Dowieźli nam brakujące dokumenty, kiedy szliśmy pieszo
z Chałupek do Bogumina na kolejny pociąg do Żyliny. Po godzinnym spacerze byliśmy na dworcu, gdzie drugiej klasy Expres Odra posiada klimatyzację, WiFi i inne wygody,
z których podróżny może skorzystać. Jednak mimo tych wygód, miał jeden mankament. Nie dojechał na czas, a przez to zwiał nam autobus do Terchowej, gdzie mieliśmy zakwaterowanie. Po chwili, gdy siedzieliśmy na dworcu autobusowym, podszedł do nas pewien pan. Po kolorze skóry i łamanym słowackim zorientowaliśmy się, że nie jest Słowakiem. Tym samym mieliśmy obawy, co do jego intencji wobec nas. Jednak niepotrzebnie. Jak się później okazało, ów pan to bardzo uprzejma osoba. Zaproponował nam podwózkę do Terchovej. W rezultacie dojechaliśmy tam taniej i szybciej niż planowaliśmy. Spokojnie mogliśmy się zakwaterować, przygotować posiłek i chwilkę odpocząć po podróży.
Słońce było jeszcze na tyle wysoko, by wybrać się w góry. Zdecydowaliśmy się na trzygodzinny spacer zbójnickim chodnikiem, który niewiele ma wspólnego z miejskim deptakiem. Ścieżka biegnie stromymi podejściami, wąskimi skalnymi półkami, co sprawia, że jest trochę wymagająca. Gwarantuje za to piękne widoki na wioskę Terchova
i przełęcz prowadzącą do Vratnej Doliny. Schodziliśmy ze szlaku, a słońce było już nisko. Gdy patrzeliśmy za siebie, widzieliśmy wierzchołki gór, które mieniły się na czerwono od zachodzącego słońca. Wyraźnie widzieliśmy też nasz kolejny cel, który postanowiliśmy zdobyć kolejnego dnia. Był nim Mały Rozsutec. Nazwa tej góry kojarzy się tylko
z jednym, szczególnie w męskim towarzystwie. W dodatku, kiedy nabrał czerwonego koloru od zachodzącego słońca, nie mogliśmy się już doczekać kolejnego dnia, by zdobyć ten szczyt.

Pierwszy dzień był bardzo intensywny i wykorzystana została każda jego chwila. Wieczorem kolacja i omówienie planu na jutro. Po takim dniu wystarczyło przyłożyć ucho do poduchy, a sen przyszedł szybko. Łatwo przyszło i łatwo poszło, bo o szóstej odezwał się budzik. Trzeba było wstać, bo o siódmej mieliśmy autobus, którym mieliśmy podjechać pod szlak. Niestety, okazało się, że godzina dla nas to za mało. Zwłaszcza, gdy pomysłem na śniadanie jest zupa, która po dodaniu pęczniejącej kaszy może zaskakująco się rozmnożyć. Nie chcąc zostawić mojego kolegi samego z garem zupy, postanowiłem mu pomóc w konsumpcji. Potrawa ze względu na konsystencję nie przypominała zupy, ale była bardzo dobra i pozwoliła być sytym przez kilka godzin. Szkoda tylko, że twórca tego dania zupełnie niepotrzebnie je krytykował, bo było naprawdę niezłe. Przepis zdradzimy później.

Jak się można spodziewać z przebiegu tego poranka, autobus znowu nam zwiał.
Z opuszczonymi głowami ruszyliśmy w drogę po asfalcie, czego chcieliśmy uniknąć.
Po chwili z niedowierzaniem zobaczyliśmy znanego nam busa i jego właściciela, którego poznaliśmy dzień wcześniej. Miły i uczynny pan, za drobną opłata podrzucił nas
w miejsce, gdzie rozpoczynał się nasz szlak. Przed ósmą byliśmy w Janosikowym Wąwozie, przez który wiedzie szlak na siodło między Rozsutkami.

Ścieżka prowadzi wzdłuż strumyka, z licznymi wodospadami, drabinkami i pomostami. Nieraz trzeba iść korytem w wodzie. Czasami można odnieść wrażenie, że jest to dziewiczy szlak, który nie został jeszcze skalany przez człowieka. Tym bardziej, że po drodze spotkaliśmy tylko dwie osoby. Po wyjściu z wąwozu zatrzymaliśmy się na polanie tzw. siodle. Znajduję się ono pomiędzy dwoma Rozsutkami ( Mały Rozsutec i Wielki Rozsutec ). Było bardzo miło i przyjemnie. Rześkie, górskie powietrze, ciepłe promienie słońca, a my siedzimy pomiędzy dwoma ….

I w tym momencie wątek się urywa. Ta piękna chwila zostaje przerwana odgłosem, który wzbudził w nas respekt. W pierwszym momencie nie wiedzieliśmy skąd, kto lub co?
A może tylko nam się wydawało. Jednak po chwili przekonaliśmy się, że to nie złudzenie ani żadne omamy słuchowe. W naszym bliskim otoczeniu był niedźwiedź. Tego odgłosu nie da się z niczym innym pomylić, zwłaszcza gdy powtórzy się on kilkakrotnie. Dźwięk, jaki wydaje to zwierzę, przeszywa człowieka, a poziom adrenaliny wzrasta prawie do maksimum, nawet jeśli misia się nie widzi. Jak nigdy dotąd, bardzo szybko zerwaliśmy się na nogi, pozbierali nasze rzeczy z polany i ruszyliśmy w bezpieczne miejsce. Tym miejscem była stroma ściana Małego Rozsudca. Gdy pod nią stanęliśmy, co niektórzy myśleli, że to jakiś żart i że nasz szlak jest zupełnie gdzie indziej. Jednak mając do wyboru wspinaczkę lub drogę powrotną w towarzystwie niedźwiedzia, szybko zdecydowali się na to pierwsze. Kiedy się lepiej przyjrzeliśmy, na stromej skale przypięte były łańcuchy, które pozwalały na wdrapanie się na szczyt. Po pół godzinie byliśmy na samym wierzchołku i od razu zachłysnęliśmy się pięknym widokiem. Chwila refleksji, pamiątkowe fotki i mms do dyrektora z pozdrowieniami. Przed tą ostatnią czynnością odbyło się głosowanie, czy aby adresat mms’a, na to zasłużył. Okazało się, że wynik głosowania był pozytywny, więc wiadomość została dostarczona. Głosowanie było oczywiście tajne, więc szczegółów nie przedstawimy.

Jeśli ktoś myśli, że po wdrapaniu na szczyt będzie już tylko z górki, to może się czasami rozczarować. Zielony szlak, który był naszą drogą powrotu, to strome zbocze
z osuwającymi się kamieniami. Na szczęście, co jakiś czas pojawiały się łańcuchy, które były zmrożone i nieprzyjemne w dotyku. Jednak mimo tego, chętnie się ich chwytaliśmy, by nie zjechać w dół. Mogło to spowodować lawinę kamieni, a tym samym poturbować poprzedzającą osobę. Po dwóch godzinach byliśmy na dole. Jeszcze tylko spacerek wzdłuż drogi i jesteśmy w pensjonacie. Tam przepakowanie plecaków i biegiem na autobus w drogę powrotną do Raciborza. Ten ostatni etap naszej podróży przebiegł według planu i bez większych przygód. Pojawił się jednak pewien niedosyt. Jak na prawdziwych mężczyzn przystało powinniśmy zaliczyć oba Rozsutki. Jednak ze względu na ograniczenia czasowe nam się to nie udało. Aby wyjść z tej sytuacji z twarzą, wybierzemy się w to miejsce jeszcze raz, by udowodnić swoją męskość i zaliczyć drugiego Rozsutka.

Krótka notka, która miała być w tym miejscu napęczniała niczym kasza w naszej porannej zupie pomidorowej. Trudno mi było opisać, to co się wydarzyło w kilku zdaniach. Pomimo, że wyjazd był krótki, wydarzyło się sporo, a tym samym przeżyliśmy wspólnie
z młodzieżą piękne chwile. Tym samym dziękujemy chłopakom za dobre zachowanie
i styl, który zaprezentowali. Z przyjemnością muszę przyznać, że taka młodzież, to nie zgorszenie dla nas nauczycieli, a chluba naszej szkoły. Serdeczne dzięki dla mojego kolegi Tomasza Oszka, który wybrał się z nami w tę wymagającą podróż i zrezygnował
z codziennych wygód. A Ciebie drogi czytelniku, jeśli doszedłeś do tego miejsca, czytając to wszystko, przepraszam, że zabrałem Ci tyle czasu. Jakoś tak wyszło.

Tomasz Gajda